Miot S

12 wrzesień 2018

Miot S jak Savana … taki zbieg okoliczności już po raz drugi (pierwszy u Nikity – miot na N) . Poród naturalny bez komplikacji w 60 dniu ciąży. Równo w południe pierwszego września odeszły Savanie wody i przez następne dwanaście godzin kolejno przychodziły na świat szczenięta w ilości 10 sztuk.Niestety ostatniej dziewczynce się nie udało – zbyt długo przeciskała się przez kanał rodny. Urodziła się martwa 🙁 I wszystko byłoby wzorowo, gdyby nie jeden mały brzdąc, który przyszedł na świat bez odruchu ssania. Ot tak, po prostu nie umiał ssać matczynego cyca ani butelki. Tylko i wyłącznie mój palec, z którego niestety mleko nie chciało lecieć. Przyczyną tego było zbyt krótkie podniebienie, które uniemożliwiało mu jednoczesne jedzenie i oddychanie. Efektem tego był spadek masy ciała w pierwszej dobie o 90 gram (!) w kolejnej jeszcze o 20 gram i o 5 gram. Robiłam co mogłam żeby jakoś dzieciaczka nakarmić, jednak bardzo ważne było to by ssał matkę, ze względu na przeciwciała przeciwko virusowi parvo, który w przypadku ich braku zmiata takie nieodporne szczenię w oka mgnieniu. w niedzielę dowiedziałam się , że istnieje coś takiego jak mleko zastępcze firmy Royal Canin zawierające takie właśnie przeciwciała. Tak więc już wieczorkiem mały dostał z butli takie mleko, niestety brak odruchu ssania dotyczył także butelki … Walczyłam z nim co godzinę usiłując go w jakikolwiek sposób nakarmić. Mleko wg przepisu rozrabiałam w wodzie i chyba było mało kaloryczne, gdyż waga jak zaczarowana stała w miejscu. A ja co raz to próbowałam nowego sposobu by choć trochę tego cennego pokarmu wpadło do malutkiego żołądka. Próbowałam założyć większy smoczek – Simon (tak dostał na imię) zalewał się sromotnie i dławił nadmiarem mleka. Z kolei ze smoczka z mniejszą dziurką – leciało tak wolno, przy tym jego cmokaniu i gryzieniu smoczka, że nie było opcji żeby się najadł… To wprowadziłam strzykawkę, próbowałam po smoczku kapać mlekiem do pyska – zapierał się i wyrywał jak tylko poczuł twardą końcówkę strzykawki. Po nocach śniło mi się to karmienie i wpadłam na jeszcze inny pomysł – dołożyłam do strzykawki wężyk od kroplówki, żeby końcówka była miękka. I jakoś, jakoś powolutku udało mi się go karmić. I nadal mimo dość już sporej ilości zjadanego mleka, karmienia co 1,5 godziny w dzień i w nocy – waga po 24 godzinach nawet nie drgnęła! No szlag mnie trafił, no! Tyle zachodu, starania i nic! Zadzwoniłam do zaprzyjaźnionego lekarza weterynarza z pytaniem czy mogę to mleko zastępcze rozrabiać w robionym przez mnie mleku a nie w wodzie? Bo trzeba mu czegoś odżywczego, jakiegoś konkretu. Usłyszałam że oczywiście … Od tego momentu, a był to siódmy dzień życia , Simon zaczął regularnie przybierać na wadze. I tak z 410 gram w dniu 6 września, dziewiątego miał już 530 gram a 12 września już 670 !!! Rodzeństwo w tym czasie ma wagę oczywiście dwa razy taką. Mamine mleko jest baaaardzo dobre i dużo więc kluski rosną w oczach 🙂

W miocie jest siedem suczek :

wilczasta SILESIA (różowa obroża),
czarna SCARLET (żółta obroża),
wilczasta SUNSHINE (zielona obroża),
bikolorka SARA (pomarańczowa obroża) – życzenie klienta,
bikolorka SAVANNAH (szara obroża),
wilczasta SHIRLEY (błękitna obroża),
wilczasta SHEELA (czerwona obroża)

i dwóch chłopaków:

wilczasty SIMON (fioletowa obroża)   [*]
czarny SHADOW (czarna obroża).

W sobotę 15 września szczenięta kończą dwa tygodnie, zapowiada się indywidualna sesja zdjęciowa.

GALERIA MIOTU S

16 wrzesień 2018

Dwa tygodnie za nami. Szczęśliwe dwa tygodnie dla maluszków ale trudne zwłaszcza dla mnie. Mam na myśli małego Simona (no dobra, już nie takiego małego), który przybiera już teraz regularnie i jest coraz trudniejszy w „obsłudze”, boo… smoczek z wężykiem w środku, przez który podaje mu mleko jest beee i trzeba nim pluć lub zaciskać paszczę lub wypychać łapkami, bez wężyka tez jest beee bo nie leci i dziecko się denerwuje, na kolanach powoli mi się nie mieści, zwłaszcza jak odpycha się tylnymi nóżkami od mojego brzucha, leżeć nie chce – zdecydowanie lepiej się pije jak się stoi na paluszkach na dwóch nóżkach … I takie tam drobiazgi 🙂 Generalnie waga z dziś rano (na czczo) – 860 gram (!). Jak go nie uduszę jeszcze przez kilka dni – tak do czwartku – wchodzę już ze spodeczkiem i będziemy się uczyć jeść bez butelki. Maluchy zaczynają już maszerować po całej porodówce, wspinają się na rury ochronne, już za chwilę będę musiała dołożyć jedną deskę od frontu bo zaczną wyłazić. Sesja zdjęciowa odbyła się wczoraj i maluszki można już oglądać w GALERII MIOTU S.

Mamuśka karmi co dwie godziny a pokarmu ma dużo i bardzo treściwy, co wprost proporcjonalnie odbija się na wadze szczeniąt. A to z kolei rodzi kolejny problem – ósemka tych baleroników nie mieści się razem przy mleczarni … Oby jakoś przetrwać te kilka dni do piątku, kiedy to karmienie będzie pół na pół, czyli połowa do cyca, połowa do michy.

A oto wyniki dwutygodniowej wagi ciężkiej 😀

 

22 wrzesień 2018

Trzy tygodnie. Kiedy to przeleciało? Dopiero co się te kluseczki wykluły a już zasuwają po porodówce, zaczynają się bawić, szczekać, wyłażą zęby i … mają po dwa kilo !!! Tak, tak, dobrze sobie wyglądamy – patrz tabela niżej 🙂 I dalej rośniemy ale już ciut wolniej bo bar mleczny otwarty teraz jakoś dziwnie, bo nie 24 h , tylko co 3 – 3,5 godziny. Tłok straszny, dopchać się nie można, ciągle jakieś nakazy i zakazy … Ech, ciężkie życie szczeniaczka 🙂

Dziś maluchy pierwszy raz posmakowały białego serka. Kiedy mija trzeci tydzień i zaczyna się czwarty, muszą być po raz pierwszy odrobaczone, więc rozcieram tabletkę na drobny pył, mieszam z odrobiną białego serka, biorę to na palec i wtykam głęboko do paszczy rozmazując po podniebieniu. Tabletki są gorzkie więc miny mają raczej nietęgie, ale jak tylko zawartość paszczy znika, już mam na podorędziu miseczkę z czystym białym serkiem i podtykam pod nos, żeby im niesmak nie został 🙂 Niektóre smakują delikatnie i ostrożnie jakbym chciała je otruć :))) , inne zatapiają cały pysk wraz z nosem w białej mazi i chłoną pełną gębą :). Martwi mnie tylko Simon … Jeszcze kilka dni temu chętnie zjadał i przybierał systematycznie ok. 40 gram na dobę, od trzech dni nie chce jeść … wypluwa mi smoczek, zagryza i wypycha łapkami. Wprowadziłam już kaszkę dla szczeniąt bo na samym mleku długo nie pociągnie i za wolno mi rośnie, więc jedzenie przypomina karmienie gajora – na siłę. Efekt tego jest taki, że oboje wyglądamy jak świnie, kaszka jest lepka (słodka) więc pływa wszystko dookoła a Simon po każdym jedzeniu musi być umyty mokrą ścierką z szarym mydłem, inaczej miałby na  sobie jedną skorupę :(. Być może z uwagi na fakt, że kaszka jest dużo bardziej sycąca, po dwóch godzinach nie jest jeszcze głodny… Dlatego wydłużyłam i jemu czas pomiędzy posiłkami do 3 – 3,5 godziny a w nocy nawet i 5 godzin. Jest szansa pospać te pięć godzin w kawałku o ile na przykład nie muszę wstać w nocy do Nikity … Dziś też zauważyłam że dwa razy ustawiał się do kupy i nie zrobił, więc dodatkowo zaserwowałam mu na kolację ciekłą parafinę, która pomoże w wypróżnieniu. No i obowiązkowo trzy razy dziennie po karmieniu kilka kropli syropu prawoślazowego, żeby ułatwiać  usuwanie zalegającej w drogach oddechowych wydzieliny. Simon przy każdym karmieniu bardzo mocno się zalewa ponieważ jedzenie częściowo dostaje się do tchawicy.  Boję się żeby nie dostał zachłystowego zapalenia płuc. W przyszłym tygodniu maluchy będą miały podaną surowicę p/parwovirusowi więc musi być zdrowy.

26 wrzesień 2018

Chciałabym napisać znów klika ciepłych słów i zaserwować stek dobrych wieści, dziś jednak mam w sercu smutek … Tak jak już wcześniej wspominałam, od kilku dni Simon gorzej jadł. Wczoraj rano po dość długiej przerwie nocnej, podczas karmienia, które nie różniło się od poprzednich mimo około 5-6 godzin bez posiłku, mały bardzo mocno się zadławił. Dla bezpieczeństwa stosowałam taką metodę, że zaczynałam posiłek od mleka gdyż w razie zachłyśnięcia łatwiej się go pozbyć a dopiero jak wywołałam u Niego odruch połykania, szybko i niepostrzeżenie zamieniałam strzykawkę na tę wypełnioną gęstą kaszką i tym sposobem chłopak się najadał. Ale dziś tak nie było… Podawany przeze mnie pokarm musiał dostać się do dróg oddechowych, ponieważ Simon przez dłuższą chwilę oddychał tylko otwierając pyszczek a w tchawicy i klatce piersiowej słychać było charczenie. Musiałam zastosować metodę strząsania go głową w dól w formie takiego wahadła jak u nowo narodzonych szczeniąt czasami, by pomóc mu wydalić to co zaległo w tchawicy. Doszedł do siebie, jednak widziałam że ciężko mu się oddycha i cały czas było ten oddech słychać. Zadzwoniłam do poznańskiej kliniki i umówiłam się z nim na wizytę na późne godziny popołudniowe. Miałam nadzieję, że jak zrobimy RTG wyjaśni się co tam Jemu przeszkadza, jak wygląda to zbyt krótkie podniebienie, może na kilka dni założyć mu sondę? Poza tym chciałam żeby go osłuchać – nie podobał mi się ten jego dźwięczny oddech. Jechałam tam pełna nadziei na pomoc… Przecież udało się Horesowi i Quentinowi, Jemu też się uda! Niestety, tym razem matka natura odczekała te pond trzy tygodnie i wyciągnęła asa z rękawa… Teraz, kiedy już było coraz lepiej, kiedy już osiągnęliśmy całe 1.200 gram wagi !!! Simon miał bardzo daleko idący rozszczep podniebienia, tak duży że po otwarciu pyszczka było widać wlot do tchawicy …

Dzisiejsza medycyna oferuje zabiegi „załatania” tej dziury tkanką chrzęstną , jednak w praktyce oznacza to bardzo skomplikowany zabieg, konieczność narkozy, która nie jest obojętna dla tak małego szczenięcia i nie wiadomo czy nie pozostawi trwałego uszczerbku na wątrobie i nerkach, kwestia gojenia – na ten czas szczenię musi być żywione sondą z pominięciem miejsca zabiegu, o bólu nie wspomnę… Dalej takie zwierzę żyje tak na prawdę na kredyt – pokarm całe życie miękki, podatność na chroniczne zapalenia górnych i dolnych dróg oddechowych, nawet intensywne szczekanie może spowodować uszkodzenie tej membrany bo to przecież nie jest kość … Ponadto należałoby wykonać tomografię głowy i sprawdzić czy nie ma w całej czaszce jakiegoś defektu niezrośnięcia, który w przyszłości może rzutować na jego rozwój …

Siedziałam w tym gabinecie tuląc to umęczone dziecię do piersi i płakałam 🙁 On od początku tak bardzo chciał żyć, tak bardzo się starał a ja tak bardzo chciałam jemu pomóc… Jednak zdawałam sobie sprawę, że jego dalsze życie z taką wadą będzie ciągiem cierpień. Nawet nie mogłam już tego maluszka porządnie nakarmić, bo sprawiało mu to ból … Ja nie chciałabym tak żyć i myślę że Simon gdyby mógł wybierać, też by nie chciał. Powołuję na świat szczenięta po to by swoje i tak krótkie życie spędzały szczęśliwe i czerpały zeń radość pełną piersią a nie po to by cierpiały.

Nadszedł czas pożegnania …

Świadoma swojej decyzji z cholernym bólem serca  podjęłam decyzję o jego eutanazji. Ciało Simona zostało przekazane do badań genetycznych nad wadami wrodzonymi u szczeniąt. Jeśli będzie taka potrzeba udostępnię również do badań krew jego rodziców.

W swoim krótkim życiu zaznałeś matczynego ciepła i opieki, braterskiej i siostrzanej psiej miłości, dotyku ludzkiej ręki, słuchałeś bicia mojego serca kiedy po jedzeniu trzymałam Cię jak dziecko żeby odbiło się połknięte powietrze, smaku ciepłego mleka choć źródłem nie był matczyna pierś, której nie umiałeś ssać… Nie dane Tobie było pobiegać po zielonych łąkach i zaśnieżonych polach, zaczerpnąć pełną piersią wiatru rozwiewającego sierść na pysku w szalonym galopie, pobawić się piłeczką czy poganiać z rodzeństwem. To czego nie udało się Tobie tu na ziemi, to wszystko i dużo więcej czeka na Ciebie po tamtej stronie Tęczowego Mostu.

Żegnaj Wojowniku  🙁

 

02 październik 2018

Czas szybko ucieka. Szczenięta z miotu S rosną jak na drożdżach. Nie wiem co Savana dojada i czym karmi te swoje dzieci ale nie mogę się napatrzeć na te kolosy. W przeddzień kiedy kończyły cztery tygodnie czyli w piątek 28 września cała ósemka dostała pierwszą dawkę surowicy CANGLOB P , w sobotę 29 września – drugą. Są teraz zabezpieczone do czasu wytworzenia odporności na parwowirozę po pierwszym szczepieniu, które będzie miało miejsce 12 października. Dzieci bawią się już bardzo sprawnie, warczą, szczekają, noszą zabawki, koordynacja ruchowa poprawia się z dnia na dzień. Jak tylko wejdę do kojca , natychmiast wdrapują się po moich spodniach i wiszą jak bombki na choince albo też ciągną za nogawki i skarpetki. Są bardzo kontaktowe, chętnie podejmują zabawę z człowiekiem, nie mają lęku przed obcym zapachem. W sesji na czwarty tydzień pomagały mi dwie koleżanki – pilnowały by szczenięta nie zeszły z rozłożonego koca, co wcale nie było łatwe. Przygotowuję w chwili obecnej drugi wybieg z którego nie korzystały wcześniej szczenięta, tylko czasem dorosłe psy. Ogromna ocieplana buda już została tam przeniesiona z kojca obok, będzie zrobiony drewniany taras i ocieplone przez wiatrem i deszczem od strony bocznej – zamiast ażurowego panela zrobię tam drewniany (pełny). Oczywiście przed wprowadzeniem tam maluszków teren zostanie kilkakrotnie zdezynfekowany w formie oprysku oraz dodatkowo sypkiej. I niestety nie będą miały na razie kontaktu z dorosłymi psami w tym wujkiem Hadeskiem 🙁 Dopiero po dwukrotnym szczepieniu i dwutygodniowej kwarantannie. Tabelka wagi tych kruszynek poniżej.

 

07 październik 2018

Pięć długich tygodni … minęło szybko. Codzienne obowiązki przy tych szkrabach zajmują tyle czasu że muszę spoglądać w kalendarz by sprawdzić który to dziś albo co to za dzień? Ku mojemu niezadowoleniu dzieci są cały czas na prześcieradłach a powinny już dawno na trocinach. Mam na myśli podłoże w jakim urzędują. Materiał niestety ma to do siebie że cokolwiek się na nim zrobi „grubszego” zostaje i służy jako mina poślizgowa… Tak że ten … po nocy kiedy wchodzę rano do pokoju uzbrojona w czyste pościele, płyn do dezynfekcji, rękawice ochronne i michy z żarciem, trójka maluchów leci przez bramkę do maminego cyca opróżnić zasoby po nocnej przerwie, reszta dostaje miskę w najczystszym możliwym miejscu. Od tego momentu mam jakąś minutę na zwinięcie pozostałych dwóch płach materiałowych wraz z ich „zawartością” i wyrzucenie poza kojec, umycie płynem dezynfekującym całej podłogi, rozłożenie trzech podkładów tam gdzie najwięcej siusiają i położenie dwóch prześcieradeł. Wymiana trzeciego i umycie podłogi to już wyższa szkoła jazdy bo nie ma już zajęcia dla tych co w kojcu jadły więc trzeba sobie jakoś radzić. Najgorzej rozkłada się tą trzecią poszewkę, ponieważ dzieci są bardzo zainteresowane czym tam macham im nad głowami, a może da się to pociągnąć zanim ją ułożę a już na pewno trzeba chodzić tam, gdzie owa poszewka ma leżeć. Pozostała trójka już oczywiście opróżniła mleczarnię więc muszę je również włożyć do kojca. Tak więc w czasie kiedy cztery „pomagają” mi w porządkowaniu kojca, dwa inne wbijają mi kły w pęcinę, kolejny gryzie laczek uniemożliwiając zrobienie kroku i tak w kółko. Zazwyczaj po ukończeniu czterech tygodni zamiast prześcieradeł maluchy dostają trociny. Jest to o tyle wygodne, że wchłaniają wszelkiego rodzaju nieczystości (te ciekłe i te stałe) i dzieci są cały czas suche i pachnące. Często jednak przy zmianie podłoża występują biegunki, bo przecież wszystkiego trzeba spróbować 🙂 I bywa wówczas że muszę przesunąć o kilka dni szczepienie do czasu aż te luźne kupy się unormują. Tym razem ze względu na czas  działania ochronnego surowicy, nie mogę sobie pozwolić na przesunięcie pierwszego szczepienia.

Dziś była pierwsza lekcja pod tytułem nie gryziemy Kasi 🙂 Klękam sobie w kojcu między tą szarańczą opierając łokcie na ziemi i pochylam głowę. Następuje atak małych piranii na moje uszy, nos, ciąganie z włosy, szarpanie za bluzę etc. Na początku staram się delikatnie odczepiać te zębate paszcze bawiąc się z nimi, ale kiedy widzę że to nie skutkuje zaczynam warczeć ostrzegawczo a potem gryźć! Tak, gryźć 🙂 Jak mimo moich ostrzeżeń nadal szarpią mnie za włosy i mocno gryzą, łapię zębami za futro (kufa, głowa, szyja) i przytrzymuję tak jak robi to matka. Najlepsze są w tej chwili ich miny… Zdziwienie wymalowane na pyskach i te wielkie oczy ze znakiem zapytania – jak to? Nie wolno tak? Ale dlaczego ??? Patrzą wtedy na mnie tymi swoimi pięknymi oczętami i albo odchodzą speszone albo zaczynają mnie lizać po twarzy. Już nie gryźć. Są oczywiście i takie egzemplarze, którym trzeba powtórzyć ten zabieg ale generalnie uczą się bardzo szybko.

W wieku 5 tygodni szczenięta biegają już sprawnie po całym kojcu, walczą ze sobą (ojj… czasem boli), działają stadnie. Doskonale rozpoznają kiedy idę z michą a kiedy wchodzę z papierkiem posprzątać. W pierwszym przypadku wrzask podnosi się w chwili gdy przekładam przez bramkę do pokoju pierwszą nogę … 🙂

Sesja zdjęciowa tym razem odbyła się na dworze w szczenięcym kojcu, który uprzednio przez dwa dni dezynfekowałam środkami bakterio i wirusobójczymi tak by maluchy były tam bezpieczne. Kojec oddzielony jest od pozostałych dorosłych korytarzem, tak że póki co, nie mają kontaktu z innymi psami. Mogą co najwyżej osłuchać się ze stadem, hałasem i obyć z zapachem. W sobotę 06 października szczenięta zostały po raz drugi odrobaczone i zważone. Wyniki z pomiarów wagi w tabelce poniżej.

GALERIA 5- TYGODNIOWEGO MIOTU S

28 październik 2018

Zbierałam się długo żeby zrobić ten wpis … Szósty tydzień upłynął na zabawie, szczenięta pięknie się rozwijały,rosły jak na drożdżach. W piątek 12 października byliśmy zgodnie z planem w Poznaniu na szczepieniu. W dniu wyjazdu nigdy szczeniąt nie karmię, żeby nie miały choroby lokomocyjnej podczas jazdy. Tak więc i S-ki jeść nie dostały. Kojec domowy rano posprzątałam, nic nadzwyczajnego w nim nie było – jak co rano tona kup rozdeptanych na poszewkach i szczęśliwe dzieci. Droga do Poznania bez problemów. Troszkę tylko było śpiewania, ale tak na prawdę troszkę. U pani doktor Kasi każdy maluch jak zawsze został skrzętnie obejrzany, obmacany i osłuchany. Każdy zaliczył termometr w dupsku no i chipowanie. Jedyną, która nie została zaszczepiona była Savanah, ponieważ miała dość wysoką temperaturę. W gabinecie też pojawił się u niej odruch wymiotny. Pani doktor podała niezbędne leki i wróciliśmy do domu. Począwszy od wieczora tego dnia, następne dwa tygodnie chciałabym wymazać z pamięci, móc jakoś cofnąć czas … Nie będę się wdawać w szczegóły, ponieważ samo wspomnienie tego jest dla mnie bardzo bolesne a ci, którzy śledzili sytuację na bieżąco i wspomagali mnie w tych trudnych chwilach znają treść tej opowieści 🙁 Cała ósemka szczeniąt w przeciągu kilku dni wylądowała w klinice w Gorzowie. Wyszła stamtąd tylko Scarlet … 🙁

To cholernie niesprawiedliwe … Żegnajcie moje kochane iskierki … 🙁 🙁 🙁