Quentin

NAJNOWSZE WPISY ZNAJDUJĄ SIĘ NA DOLE STRONY 🙂

24,05,2018

Quentin … moje wyzwanie, mój mały wielki sukces. A właściwie niee … nie mój … JEGO.

Urodził się jako jedno z dwunastu szczeniąt z przeciętną wagą 520 gram. Nie był zalany, poród naturalny, bezproblemowy. Przy dwunastce maluszków musiałam non stop pilnować żeby wszystkie były najedzone, odkładać te najedzone by zrobić miejsce dla głodnych. Zaniepokoił mnie w pierwszej dobie spadek masy ciała u Quentina, który wyniósł 30 g. W kolejnej dalsza utrata wagi – kolejne 10 g. Natychmiast został wzięty pod specjalną opiekę, siedziałam przy każdym karmieniu i pilnowałam żeby miał najlepszą miejscówkę. W trzeciej dobie podczas ważenia zauważyłam nietypowe zachowanie – szczenię delikatnie „pląsało” poczynając od  drgań głowy, które przenosiły się w kierunku ogona. Tak na prawdę  „pływało” całe ciałko. Nie było to zdarzenie jednorazowe. Z dnia na dzień ta dysfunkcja się nasilała, ruchy robaczkowe jakie wykonywał mimowolnie nie pozwalały mu na pełzanie – leżał w miejscu i kiedy reszta rodzeństwa zajmowała miejsca przy barze mlecznym, On nie był w stanie się tam dostać. Tu krótki FILMIK. Będąc z Karmelką u weta na badaniu przed rozwiązaniem ciąży, zabrałam też Quetnina żeby pokazać go lekarzom. No tak … rzeczywiście nie wyglądało to dobrze, ale u tak małego szczenięcia nic nie można zrobić. Żadne badania nie wchodzą w grę. Rezonansu magnetycznego nie da się wykonać bo trzeba by było go jakoś unieruchomić. A nawet gdyby spał w tym czasie, kto to odczyta???  Na podanie sterydów jest za mały … I co? Nic … W zasadzie takie szczenię powinno się poddać eutanazji. Ale ja to bym sobie do końca życia nie wybaczyła, gdybym nie spróbowała go z tego wyciągnąć. Każdy zasługuje na szansę. Quentin także. Skontaktowałam się z dr Prokopem w Częstochowie, który jest lekarzem weterynarii homeopatą. Nagrałam kilka filmików żeby zobaczył w czym jest problem. Zapytałam wprost – właściwie pytałam o to kilkakrotnie w czasie jego leczenia – czy widzi szansę na uzdrowienie tego psiego nieszczęścia, bo jeśli takowej nie ma, moje serce pęknie na pół ale nie pozwolę by się maluszek męczył. W odpowiedzi usłyszałam, że mam zakupić trzy leki homeopatyczne i jak najszybciej zacząć mu podawać. Leki wyszukałam w aptece w Szczecinie, więc niewiele myśląc wsiadłam i pojechałam. Ostatni lek zamówiłam już w aptece tu na miejscu – sprowadzili mi w ciągu 24h. Na początku doktor ustalił bardzo dużą dawkę leków biorąc pod uwagę jego ówczesną wagę (700 g). Na początku trzeciego tygodnia przed porannym karmieniem nastąpił atak drgawkowy. Nigdy nie miałam do czynienia z takim zjawiskiem u psa a tym bardziej u szczenięcia, ale chyba zadziałałam instynktownie. Zabrałam go szybko od karmiącej Aquy, która też już zorientowała się że coś jest z nim nie tak, owinęłam w ręcznik, zabezpieczyłam język wsadzając palec do pyska. Atak trwał około dwóch minut. Natychmiast po nim wykonałam telefon do doktora Prokopa opisując ze szczegółami przebieg zdarzenia. Doktor dopytał jeszcze to czego nie powiedziałam i ze stoickim spokojem , bez cienia zaskoczenia, nakazał odstawić jeden z leków a pozostałe dwa zmniejszyć. Wizja porażki w ratowaniu maluszka po raz kolejny postukała mnie w plecy … Dawaliśmy mu czas do 4 maja. Wówczas mijały trzy tygodnie od wdrożenia leczenia a cztery Jego życia. Co 2-3 dni informowałam doktora o jego zachowaniu, raz w tygodniu przesyłałam filmik żeby doktor mógł zobaczyć co się zmieniło w zachowaniu pacjenta. Rokowania – jakieś 30 % że się uda …

Quentin rósł i rozwijał się fizycznie tak jak pozostałe szczenięta. Mało tego – był największy z miotu. Ponieważ był szczenięciem leżącym kiedy rodzeństwo już zwiedzało porodówkę, w czasie każdego karmienia był poddawany rehabilitacji i ćwiczeniom – kiedy On wisiał przy cycu, ja ustawiałam jego zadek w pozycji jak na waruj , ustawiałam nóżki tak by musiał się na nich utrzymać (jakby kucał) i żeby troszkę się jednak nimi odpychał. Kiedy wprowadzałam w 4 tygodniu żywienie ”pozacyckowe” czyli weszła nauka jedzenia z miseczki, Quentin musiał być podtrzymywany przez mnie ażeby w ogóle stał, drugą ręką musiałam trzymać miseczkę z mlekiem jemu pod nosem a trzecią ręką stabilizowałam mu głowę, ponieważ ruchy mimowolne były tak silne, że miał problem z trafieniem do miski. Spędzała mi sen z powiek jedna myśl … wiem jak szybko rozwijają się szczenięta a psy to przecież drapieżniki. Jeśli On nie jest w stanie utrzymać się na nogach, już za chwilę, prawidłowo rozwijające się rodzeństwo zacznie mu zwyczajnie dokuczać, a On będzie bezbronny … I tu po raz pierwszy się pomyliłam – Quentin mimo że nie mógł wstać, umiał używać zębów 🙂 I każdego kto robił sobie z niego lalkę – szmatkę do gryzienia, traktował kłami 🙂 W tej swojej niedyspozycji był na tyle silny, że nie dawał się przewrócić ani na bok, ani na plecy. Natychmiast wracał do pozycji pionowej. To stawiało go na wygranej pozycji w potyczkach z rodzeństwem.

W okresie między 4 a 6 tygodniem dokonał się u Quentina przełom. Nie … to był cud. Mały codziennie, przy okazji każdego karmienia, zabierany był przeze mnie na ogród, gdzie początkowo na szelkach, potem trochę wygodniej dla mnie bo w fartuszku z tasiemkami za które trzymałam, ćwiczył koordynację ruchową. QUENTIN -PIERWSZE KROKI.  Podczas tych „spacerów” zawsze towarzyszyły nam jakieś psy, które były dla niego motorem, obierał sobie któregoś za cel, do którego dążył i ….. podążał. Na początku, na kolanach chodziłam razem z nim podtrzymując go pod brzuszkiem. W miarę upływu dni (!) moja rola ograniczała się do chronienia go przed upadkiem czyli jakby stabilizacji (moje dłonie robiły za „korytko” w którym się poruszał). Szybko z kolan musiałam przejść w kucki, ponieważ Quentin zaczął poruszać się na tyle szybko i zwinnie, że nie mogłam za nim nadążyć. A nie chciałam go hamować. Przednie łapy, początkowo wykonujące ruchy jakby pływające, nabrały koordynacji i Quentin zaczął stawiać je bardziej świadomie. Odkrył że można chodzić! Co prawda tylna część ciała nie za bardzo chciała współpracować z przodem ale co tam, próbować warto.

Dwa dni przed terminem szczepienia i chipowania, które Quentina jeszcze nie objęło, po nocy wyciągnęłam go z kojca w domu dosłownie za uszy, bo tylko te nie były umoczone w moczu i kale. Nauczył się czołgać po śliskiej wykładzinie PCV co umożliwiło mu przemieszczanie się po kojcu w którym cała reszta załatwiała swoje potrzeby fizjologiczne. Tylko że ta cała reszta miała co najwyżej brudne łapy a Quentin wyglądał jak mop wyciągnięty z … szamba 🙁 To był zwrotny moment w jego „karierze” gdyż po doprowadzeniu go do porządku (lubi kąpiel w ciepłej wodzie w misce), otrzymał własne lokum w moim pokoju i przez trzy najbliższe dni czyli – czwartek, piątek i sobota (przegląd miotu) mieszkał tam osobno. Byłam zdziwiona jaki był grzeczny. Nie skomlał, nie płakał, a kiedy nie spał (a spal dużo bo każdy taki 15 minutowy spacer po trawie i zabawa  na świeżym powietrzu były dla niego bardzo wyczerpujące), bawił się swoim przydzielonym pluszowym misiem puchatkiem lub obgryzał suszoną tchawicę. Codzienne spacery po ogrodzie przynosiły poprawę koordynacji z dnia na dzień. Quentin mając niepełne pięć tygodni samodzielnie podnosił się z ziemi i pokonywał dystans 1-1,5 metra.  FILMIK  a odległość codziennie się zwiększała! Kiedy w kalendarzu stuknęło 6 tygodni Quentin jak i cała reszta została zakwaterowana na zewnętrznym wybiegu, który wysypałam bardzo drobnym piaskiem rzecznym (na tą okazję przyjechało do mnie prawie 14 ton tego dobrobytu) . Na tym podłożu mój maluszek doskonale sobie radził z poruszaniem się – praktycznie od tego momentu zmienił status ze szczenięcia „leżącego” na „chodzące” . Powolutku pokonywał metr za metrem, badał cały teren wybiegu ryjąc nosem w piasku, a im wolniej szedł tym stabilniej. Ten uśmiech w jego oczach, ta radość wymalowana na pysiaczku była dla mnie nagrodą za te długie i żmudne tygodnie pracy i nerwów.  Dziś nadal jeszcze stabilizują się tylne kończyny, nad przodem już całkowicie panuje.

Swobodnie porusza się po całym wybiegu 🙂 FILMIK Ba! Zawziął się na tyle, że pokonał różnicę poziomów między ziemią a drewnianym tarasem, co stanowi jakieś 15 cm! Sam wszedł ale przed zejściem miał obawy i wołał by mu pomóc. Quentin nadal przyjmuje leki homeopatyczne i cały czas pozostaje pod opieką dr Prokopa. Przez ostatnie dwa tygodnie pokonał przepaść i tak na prawdę zapracował sobie (i nadal pracuje) na piękne życie. W chwili obecnej rokowania co do całkowitego zaniku drgania mięśni czyli wyrównania napięcia w tych mięśniach są baaardzo pomyślne. Dr Prokop odpowiadając na moje pytanie pokusił się nawet o stwierdzenie, że zanikną one całkowicie. A jak ON coś mówi, to ja wiem że tak będzie. Przekonałam się o tym już nie raz.

Jeszcze przez dwa tygodnie czyli do ukończenia pełnych 8 tygodni Quentin musi zostać u mnie. Powoli zaczynam  szukać dla niego domu z ludźmi, którzy poprowadzą go jeszcze przez ten trudny okres  (jaki – nie wiem … miesiąc, dwa…) zanim twardo stanie na nogach. Koszty leczenia maluszka jeśli będzie taka konieczność pokrywam ja. Chłopak zasługuje na najcudowniejszy dom pod słońcem. Zasługuje jak nikt inny.

27.05.2018

Quentin – 7 tygodni. Jeszcze chwilę i będziemy galopować 🙂 LINK

08 czerwca 2018

Minęło osiem i pół tygodnia. Od wtorku 29 maja 2018 dr Prokop zalecił zwiększyć dawkę wszystkich trzech leków o 100 %. O tej pory leki podaje na przemian  – np w dni parzyste lek nr I, w dni nieparzyste II i III tylko raz dziennie. Jakieś 3-4 dni od momentu zwiększenia dawki u Quentina pojawiło się bardzo silne drżenie całego ciała – trząsł się jak w febrze. I nie występowało to tylko w chwili emocji ale stale.  FILMIK  Zaniepokoiło mnie to bardzo tym bardziej że nie mogłam się skontaktować z doktorem, który do 10 czerwca był na urlopie. Ale … znając dr Prokopa, doskonale wiedział że taka reakcja wystąpi i co najważniejsze po kilku dniach objawy te ustąpią praktycznie całkowicie! 07 czerwca nagrywałam kolejny film z wieczornego brykania Quentina. Łzy szczęścia same cisną się do oczu kiedy patrzę z jaką pasją mały poznaje świat, włazi do każdej dziury, wtyka nos w każdy zakamarek, pokonuje wejście na drewniany taras na wybiegu.

TAK SOBIE BRYKAMY 🙂 

Trzy dni temu uznałam że chłopak jest gotowy do pozostania na noc na dworze z resztą szczeniąt. W domu duszno przez te upały a dzieciaki zaczynają żyć dużo wcześniej niż ja wstaję 🙂 Oczywiście rehabilitacji ruchowej ciąg dalszy. Koordynacja jest super, nawet kiedy bawimy się zabawką którą on łapie do pyska, ale sprawność tylnych kończyn jeszcze nie jest 100-procentowa. W dalszym ciągu troszkę sztywne ma te nóżki. Trzeba ćwiczyć 🙂 Dopiero kilka dni temu zeszło jedno jądro do moszny. Czyli jest szansa że zejdzie i drugie. Ach i jeszcze jedno – STOJĄ USZY !!!

11 czerwca 2018

Skończyliśmy 9 tygodni. Przez kilka ostatnich dni nic niepokojącego się nie wydarzyło, nie powróciły drżenia, koordynacja się nadal poprawia. Quentin w chwili obecnej potrafi swobodnie poruszać się po pochyłościach, mało tego – potrafi zbiec susami z górki !!! FILMIK . Poprawia się też wyczucie uścisku szczęki – umie już bawić się z rodzeństwem czy młodszymi od siebie o dwa tygodnie szczeniętami z miotu R, nie robiąc im krzywdy. Dzisiejsza rozmowa z dr Prokopem przyniosła nam pozwolenie zachipowania chłopaka, co uczynimy jutro przy okazji szczepienia Quincy. W ubiegłą sobotę odwiedziła nas Quarisa (w domu Tajga) , z którą Quentin chyba z godzinę bawił się na ogrodzie. Dla niego to także świetna forma rehabilitacji.  Tu jeszcze jeden FILMIK z dzisiejszego brykania. I jeszcze jeden FILMIK – jak Quentin pokonuje nierówności terenu 🙂

27 czerwca 2018

Nadszedł TEN wielki dzień – dzień w którym Quentuś po raz pierwszy wyruszył w daleką podróż samochodem do Częstochowy, po raz pierwszy od dnia narodzin był badany przez lekarza, który prowadził go od ponad dwóch miesięcy nie widząc go na oczy, no i wreszcie dzień w którym została odcięta moja pępowinka … Chłopak pojechał do nowego domu. Dzień pełen wrażeń również i dla mnie. Pobudka o 3.45 po przespaniu niespełna czterech godzin w nocy (ja nie wiem … wieczorem zawsze jest tyle rzeczy do zrobienia …) . Przed piątą wyruszyłam z domu zabierając ze sobą również Quincy, która spędziła bardzo ekscytujący dzień u naszej cioci – niani pod Poznaniem w towarzystwie 9 miesięcznej suczki oraz trójki kilkuletnich dzieci. Nawiasem mówiąc, nie wiem kto był bardziej zmęczony po tych szaleństwach – Quincy, dzieciaki czy nadzorująca ten huragan Mama  trojaczków 🙂 Z Quentinem dotarliśmy do Częstochowy po ponad pięciu godzinach jazdy (400 km). Musiałam robić przerwy żeby rozprostować kości a i maluch załatwiał przy tej okazji swoje potrzeby fizjologiczne. Poza tym podróż przebiegała bez problemów, narzekania, kręcenia czy piszczenia. Totalny luzik 🙂 Na miejscu zjechaliśmy się praktycznie w tym samym momencie z panem Darkiem, który przyjechał przejąć Quentina. Najpierw jednak wszyscy razem udaliśmy się do gabinetu doktora na wizytę. Doktor na dworze jeszcze obejrzał sobie jak Quentin się porusza, jak chodzi, biega, przewracał go na bok, na plecy i obserwował jego reakcję. Dalsze badanie polegało na wyginaniu każdej z łapek, macaniu i uciskaniu, zaglądaniu w uszy, paszczę, sprawdzaniu w jakim położeniu jest drugie – niezstąpione jądro. Najbardziej podobało mi się ćwiczenie, w którym doktor położył go na kozetce na brzuszku tak, że uda i nogi wisiały poza blatem . Moim zadaniem było przytrzymać go pod pachami żeby nie spadł (ale nie podciągać). W takiej pozycji Quentin miał dwa wyjścia – spaść w dół lub wskrobać się na kozetkę, ale do tego drugiego musiał mocno podkurczyć tylne nóżki tak by stopami sięgnąć brzegu stołu i wesprzeć się na nich. UDAŁO SIĘ !!! Doktor był zachwycony. Na koniec jeszcze badanie igiełką wzdłuż kręgosłupa  i … można było zacząć ustalać dalsze leczenie. Pan Darek dostał zezwolenie na szczepienie chłopaka na choroby zakaźne za około tydzień czasu i po miesiącu powtórzenie. Quentin zmęczony podróżą i badaniem zasnął nam w gabinecie. Na szczęście dalsza podróż do domu nie była już dla niego tak długa i męcząca. Na miejscu czekała już starsza przyszywana siostra Ina, która przyjęła go z wielką przyjaźnią i zainteresowaniem.  Quentuś mógł nareszcie zjeść posiłek i już z pełnym brzuszkiem zapoznać się z nowym miejscem, co z resztą niezwłocznie uczynił, pod bacznym okiem swojej opiekunki 🙂 Ciekawa jestem jak minie pierwsza noc…

 W drodze powrotnej do domu łapałam się na tym, że naciskam na hamulec bardzo delikatnie, tak jak czynię to kiedy jadą ze mną psy. Przełknęłam tą pigułkę rozstania choć gorycz była nieznośna 🙁  Wszak to małe, czarne 10-cio kilogramowe dzieciątko wychowałam prawie jak własne. Tuliłam do piersi, doglądałam, uczyłam chodzić i jeść. Wiem że wybór domu dla Quentina jest absolutnie trafny w 1000 % albowiem Pan Darek śledził od samego początku jego losy, dzwonił, pytał, martwił o Niego tak samo jak ja i cieszył z Jego malutkich sukcesów razem ze mną. Mam nadzieję że Quentin ze swoim wielkim serduszkiem mu to teraz wynagrodzi <3

02 lipca 2018

Quentuś szaleje w nowym domu 🙂 Brawoooo!  FILMIK 

Ganiają z Inką po ogrodzie i tarasie 🙂 I nauczył się szczekać !  FILMIK